Follow Me

Close

Witam po dłuższej przerwie 😀

Napisałam ten post już miesiąc temu, ale go nie opublikowałam, bo stwierdziłam, że to w sumie nie moja sprawa. Pod wpływem jednak filmiku OKRAW (link tutaj), zmieniłam jednak zdanie i postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do dyskusji.

Dzisiaj na śniadanie była kasza jaglana. Nastąpiła cudowna pora roku, kiedy to wczesnym rankiem jest chłodniej, budzę się świeża i wypoczęta. Ostatnie dwa miesiące mi na to nie pozwalały (pisałam to pod koniec sierpnia) , gdyż nie posiadam klimatyzacji i było piekielnie gorrrrąco! Wracając do jaglanki. Są takie dni, kiedy to nie przejdzie mi przez myśl, żeby zjeść na śniadanie owoce, chociaż je uwielbiam! Nie robię sobie wyrzutów z tego powodu, nie wyliczam, czy mój posiłek oby na pewno składa się z 51% surowych składników i czy ma tyle procent węglowodanów, białek i tłuszczy, jak ktoś tam powiedział, że tyle ma być.. Już nie. Moje ciało samo podpowiada mi, kiedy ma ochotę na surowe i jest to zdecydowana większość moich posiłków. Jestem witarianką od 3,5 roku i przeszłam różne fazy, eksperymenty. Rok czasu na 811. Przeszłam okres totalnej fascynacji, fanatyzmu i religijnego wyliczania składników.

DSC06928

 

Moja typowa sałatka podczas diety 811. Musiałam tyle zjeść sałatki bez tłuszczu, żeby się zaspokoić.

Kiedyś w supermarkecie zapytałam się mojego chłopaka, który kupował ryż, czy wie, że on powoduje produkcję śluzu w organizmie. On popatrzył na mnie ze spokojem i powiedział, że Chińczycy jedzą go od tysięcy lat i są jednym z najzdrowszych narodów na świecie. Zadziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Jaki sens ma ten ciągły stres i obsesja na punkcie  „zdrowych” składników? Nie zrozumcie mnie źle, nie wzięłabym do ust niczego pochodzenia zwierzęcego, ani smażonego, przetworzonego, mącznego, gazowanego itp. Jedzenie ewidentnie niezdrowe mi po prostu nie smakuje i nie jestem w stanie robić sobie samej krzywdy. Mieszkając jednak we Włoszech mam do czynienia z mnóstwem wspaniałych zapachów. Taki parmezan na przykład. Niektórych zapach może na początku zrazić, chociaż dla mnie pachnie bosko, to smak wszystkich powala na kolana. Niejednokrotnie mały diabełek usiadł mi na ramieniu i szeptał to ucha: „weź kawałeczek, raz na jakiś czas ci nie zaszkodzi”.  Pewnie, że raz na rok nie zaszkodzi. Ale nie robię tego, bo zaraz przychodzą mi do głowy obrazy małego cielaczka, który zaraz po urodzeniu został odebrany matce. Matka płakała długo po stracie, a on uwieziony w małym boksie, żeby mięśnie nie miały się jak rozrastać i pozostały delikatne dla koneserów cielęciny. Dlatego nie zjem parmezanu ani żadnego inne sera. Nie napiję się mleka od krowy ani kozy. Nie zjem jajka. Tak, życie byłoby o wiele łatwiejsze, przynajmniej w Europie, gdyby nie trzeba się było zastanawiać nad składnikami i planować na zapas. To jest jednak cena, która z radością płacę za mój styl życia i moją filozofię. To jest moja jedyna etyczna restrykcja, której jednak nie odczuwam boleśnie.
Od kilku miesięcy ćwiczę intensywnie z ciężarkami. Nie przywiązywałam w ogóle wagi do białka, bo przecież nie potrzebujemy aż tyle, jest w każdym surowym pożywieniu, bla bla bla. Dwa miesiące temu zamówiłam jednak surowe wegańskie białko w proszku, bo martwił mnie wolny przyrost mięśni. I co? Jak spróbowałam, to nie mogłam się oderwać od tej proteiny, wyjadałam ją łyżkami nawet na sucho z torebki! Nie mogłam się powstrzymać. Działo się tak kilka dobrych dni i się skończyło. Dodaję ją sobie do koktajli i nie szaleję na jej punkcie.
Wiem, że ludzie przechodząc na witarianizm, wpadają w pewnego rodzaju trans. Wszystko albo nic. Stuprocentowość. Rygor. Najbardziej można to zauważyć chyba na 811 i frutarianizmie. Z góry oświadczam, że nie neguję tego stylu jedzenia, jeśli komuś się ono podoba, czuje się świetnie, ma wspaniałe osiągnięcia zdrowotne, sportowe i intelektualne, jestem szczęśliwa i życzę dalszej wytrwałości.
Jedni mówią: „Nie jedz kakao”, drudzy: ”Tak! Kakao to superfood, magiczne pożywienie!” Tak samo z solą, oliwą i innymi olejami, octem jabłkowym, warzywami strączkowymi, kapustnymi, korzeniowymi, orzechami, świeżymi sokami, owocami egzotycznymi, kiszonkami, dosładzaczmi, suszonymi owocami, wodzie destylowanej…. Lista jest niezliczona. Każdy może przytoczyć co najmniej jeden artykuł naukowy na potwierdzenie własnej tezy za lub przeciw.
Człowiek to jedyne stworzenie na Ziemi, które nie wie, co ma jeść. I spędza poł życia dyskutując na ten temat. Bo jeśli ktoś się wzbrania miesiące i lata przed solą, wszelkimi olejami, warzywami strączkowymi i jakimkolwiek gotowanym wegańskim jedzeniem, itp. itd. może bardzo szybko przeskoczyć z jednej skrajności  w drugą i zacząć jeść produkty zwierzęce.  Ten artykuł powstał właśnie pod wpływem informacji o kolejnej osobie, która wpadła w tą pułapkę.
Jesteśmy różni. Tak, mamy ten sam układ pokarmowy, te same zęby, itp. Mamy różne grupy krwi, ale akurat w to nie wierze i nigdy nie wierzyłam i nadal nie wierzę, żebyśmy mieli się dlatego inaczej odżywiać. Ale. Mamy różne style życia. Jeden siedzi 10 godzin dziennie przy komputerze lub za kierownicą. Ktoś innyprzerzuca cały dzień towar w magazynie. Jeden uprawia kolarstwo, inny podnosi ciężary. Ktoś leży na plaży przez większość część roku, a ktoś widzi słońce przez miesiąc w roku. Tak, wszystkie zwierzęta tego samego gatunku jedzą to samo. Ale one wszystkie mają ten sam tryb życia. Nie jest tak, że jedna krowa przechadza się po pastwisku,  a druga skacze przez godzinę dziennie przez przeszkody (podobno krowa skacze bardzo dobrze, nawet do 1,2 wysokości!), a jeszcze inna przemierza 40 km dziennie biegiem. Dlatego nie ma sensu stosować się wytyczonych diet, procentów, restrykcji, które sprawdzają się u innych. Jeśli coś jest wegańskie, nieprzetworzone, niesmażone, nie jest to ogromna ilość tłuszczu, świeże, to nie widzę powodu, dlaczego miałabym tego nie zjeść, jeśli bardzo chcę.
Każdy wyciągnie dla siebie jakieś wnioski, a może i nie, no ale się chociaż wygadałam 😀

Słodkich snów!!!!